Waleczny Szozda

 Stanisław Szozda był wielkim bojownikiem. Był to kolarz niesamowicie ambitny i zadziorny. W jego czasach mety etapów znajdowały się na żużlowych bieżniach stadionów. Koła się w nich zapadały, a każdy wiraż był wielką niewiadomą. Szozda miał wrodzoną szybkość na mecie i żeby ją wykorzystać, trenował wjazdy na stadion, ubierając się w stare kurtki, bo nie raz zdarzyło mu się upaść.

W 1976 roku przystępował do wyścigu jako jeden z głównych faworytów. Na koncie miał już wygraną w 1974, kiedy triumfował w aż 6 z 14 etapów. Teraz Szozda też zaczął bardzo dobrze, bo wygrał prolog w Pradze.

Na pierwszym etapie peleton porwał się na wietrze. Szozda został w drugiej grupie i prowadzenie przejęli Rosjanie : najpierw Nikołaj Gorełow, potem Siergiej Morozow. Szozda wygrał 2 etap. Na kolejnym etapie Polacy ponieśli klęskę. Nikt z nich nie zabrał się do decydującej ucieczki, w której było po 3 Niemców i Rosjan. Polacy zostali w peletonie i na domiar złego za wyjątkiem jednego wszyscy zaliczyli upadek w masowej krasie na 4 km przed metą. Szozda spadł w klasyfikacji na 7.miejsce.

Potem przyszedł śnieżny etap do Popradu. Rosjanie zamarźli na nim. Nowym liderem został Niemiec Hans Joachim Hartnick. Wyprzedzał Szozdę o 1,32 min. W klasyfikacji liczył się też Czech Pavel Galik, który był 3. Szósty etap prowadził do Kielc. Po raz trzeci wygrał Szozda. Jego strata dzięki bonifikacie zmalała do 59 sek. Potem była czasówka, którą wygrał Tadeusz Mytnik przez Szozdą i Hartnickiem.

Lider miał już tylko 49 sek. przewagi i wszystko wskazywało na to, że jego dni są policzone. Ósmy etap prowadził z Płońska do Torunia. Cała Polska przed telewizorami zamarła z przerażenia. Szozda znowu walczył o zwycięstwo. W Toruniu na torach tramwajowych uszkodził sobie oponę w tylnym kole. Był zakręt w lewo. Odbił do krawężnika i chciał w zakręt  wjechać powoli. Nagle pomiędzy niego a krawężnik spróbował wepchnąć się Galik. Nie było miejsca. Obaj upadli.

Polak szybko się pozbierał i z flakiem z tyłu, pedałując jedną nogą, zdołał wjechać w bramę stadionu na końcu peletonu. Tutaj mierzono czas, więc nic nie stracił do Niemca. Za linią mety Mytnik pomógł mu zejść z roweru. Nadbiegł lekarz drużyny. Jedna noga kolarza była w fatalnym stanie. Nikt nie mógł jej dotknąć. Nadjechała karetka pogotowia  i nieszczęśnika zawieziono na badania do szpitala. Dalszy start stał pod wielkim znakiem zapytania. Na szczęście stwierdzono tylko poważne obtłuczenia.

Na kilka minut przed startem do etapu prowadzącego do Poznania Szozda pojawił się z dużym bandażem elastycznym na udzie. „ Ja tak łatwo nie skapituluję. Jeżeli się tylko da, to wytrzymam” –zapowiedział. To co zrobił na tym etapie, było niesamowite. Im było bliżej do stadionu, tym większy demon walki wstępował w naszego kolarza.

W bramę stadionu wpadł razem z Czechem Antoninem Bartoniczkiem. Było trochę łokciowania. Nikt nie zwolnił. Obaj wylecieli na murawę stadionu. Za nimi Galik oraz Rosjanin Michaił Pierwiejew, który upadł i musiał kończyć etap na piechotę. Widownia ta na trybunach stadionu i ta przed telewizorami wstała z emocji z miejsc. Jakimś cudem Szozda , a za nim obaj Czesi ,zdołał wrócić na bieżnię. Wygrał etap po raz czwarty. Tylko on mógł tak wygrywać. Zmniejszył stratę do lidera do 19 sekund. Więcej już nie mógł. Noga bolała go coraz mocniej. Żartował, że resztę wyścigu przejechał, pedałując jedną , zdrową nogą.

Szozda był  bardzo rycerski. Hartnick obawiał się go do samego końca wyścigu. Kiedy miał defekt, Polak uspokoił go, pokazując, że nie będzie go atakował w takiej sytuacji. Niemiec wygrał wyścig. Szozda ukończył go na drugiej pozycji i zapowiedział, że za rok na niego wróci. Wrócił w 1978 roku. Wygrał pierwszy etap, ale na drugi dzień kraksa zmiotła go z wyścigu.

Related Posts